Nie zobaczysz jej, ani nie usłyszysz,
lecz idąc nigdy jej nie wyczerpiesz
- Lao Tse

24.7.08

Czarna Gosia




Trudno pisać o kimś kto jest jedną z najważniejszych osób w moim życiu. Brakuje emocji, tchnienia, które mogłoby ożywić każde słowo. Taki stan potrafią oddać poeci w swoich niedomówieniach. Czasem piszę wiersze, ale chyba nie jestem poetą. Jeśli jakiś uda mi się napisać ostatnio to jest to wiersz dla Niej, bo ona porusza moją duszę.

Gosię poznałem wiele lat temu, kiedy pierwszy raz zawędrowałem do Nowicy. Nosiła czarne dready i stąd może wzięło się przezwisko "Czarna Gosia". Mieszkała wtedy na Dudce u Leszka Wronowskiego i po raz pierwszy w życiu oświadczyłem się. Choć moje oświadczyny zostały odrzucone nie jest to niemiłe wspomnienie. Potem nasze drogi rozeszły się, ale od czasu do czasu krzyżowały w Nowicy.

Kilka lat temu - po ciemnej nocy mojego życia - chyba najmroczniejszej - znowu zobaczyłem Gosię i wtedy uświadomiłem sobie, że obok mojego synka Grzesia jest najjaśniejszą Gwiazdą na firnamencie, co Wieczność się nazywa. Dzięki Gosi poznałem czym jest bezwarunkowa akceptacja drugiego człowieka ze wszystkimi jego ułomnościami, słabościami i co znaczy dać komuś odrobinę ciepła. Nie wiem jakimi teraz ścieżkami wędruje, bo kochać nie znaczy zamykać kogoś pod szklanym kloszem własnych uczuć. Miłość to wolność, więc wędruje gdzieś swobodnie między nami i między innymi. Wolna.

Trudno pisać.... trudno.... Nie boję się tej Miłości i mówię światu -

Kocham Cię


Jacek i Alicja Hałasowie


(fot. Wacław Bugno)

Zegar bije, świat swoje cukruje godności,
O jak wielu już zwiodły jego obłudności
Zegar bije, ciało cię uciechą częstuje,
A zawetyć piekielne gorzkości gotuje.
Zegar bije, ciebie wnet na sąd zawołają,
Na którym ledwie święci sprawę wygrywają.
Zegar bije, śmierć życie ścina na inszy świat,
Ty nie wiesz czy w twej drodze trafisz na dobry trakt.
Zegar bije, już wieczność, wieczność następuje..

Jacka i Alicję Hałasów poznałem w tym roku. Na początku kontakt był telefoniczny, ale po kilku rozmowach zorientowałem się, że rozmawiam z kimś wyjątkowo bliskim. Spotkaliśmy się w maju w Nowicy i to spotkanie pozostawiło niezwykły ślad w moim życiu. Nie często bywa, że widząc kogoś po raz pierwszy ma się wrażenie, że zna się tę osobę od wielu lat. Od Jacka i Alicji bije tak niesamowite ciepło, że nawet kamienie nie pozostałyby niewzruszone. Atmosfera jaką potrafią wyczarować w swojej jurcie jest czymś niespotykanym na skalę chyba światową. Delikatnie, bez napięcia potrafią wciągnąć w swoje opowieści każdego bez względu na wiek. Transowe dźwięki liry korobowej i pulsujący gordon porywają słuchacza w zapomniany i zaginiony świat dawnych pieśni i opowieści. Spotkanie z Jackiem i Alicją wciąż żyje i tętni we mnie. Tęsknię za moimi przyjaciółmi.



Wędrujący po terenach dawnej Rzeczypospolitej dziadowie śpiewali pieśni o świętych, o cudownych objawieniach, o końcu świata i Sądzie Ostatecznym, o śmierci i pośmiertnej wędrówce dusz, a także historie oparte na wątkach biblijnych i apokryficznych oraz opowieści o rozmaitych tragicznych zdarzeniach (wojnach, pożarach, epidemiach, morderstwach itp.). Bogaty i zróżnicowany repertuar pieśniowy dziadów charakteryzował się tym, iż funkcjonujące w nim teksty posiadały swoistą wymowę religijną. W obrazowy sposób ukazywały ogólnoludzkie prawdy, jednocześnie przypominając o wynikających z nich zasadach moralnych. Rozważania te – jak szlachetny kruszec – szlifowane przez setki lat na bezdrożach Europy, nabrały wyrazistej i pięknej formy, do dzisiejszego dnia zadziwiającej kunsztem i bogactwem wyobraźni. Niestety większość repertuaru dziadowskiego – tak jak i sama postać dziada, lirnika - przepadła w odmętach dziejów, wraz z całą mądrością pokoleń zapisaną w pieśniach.


Zabawa w jurcie Nowica 2008 (fot. Filip Bojko)

Jacek Hałas - Absolwent Akademii Sztuk Pięknych, muzykant, śpiewak, tancerz, niespokojny duch. Współtwórca dobrych formacji folkowych (Bractwo Ubogich, Muzykanci, Ket Jo Barat, Lautari, Kwartet Wiejski, Nomadzi Kultury), projektów artystycznych (Poznański Dom Tańca, Tikkun, the Book) oraz teatralnych (w Teatrze Cinema, Teatrze Strefa Ciszy, Scholi Węgajty).



Zajmuje się tańcem korowodowym, tradycjami wędrownych śpiewaków, działalnością warsztatową i edukacyjną. Razem z małżonką Alicją jako Nomadzi Kultury od 2005 podróżują po Europie z tradycyjną Jurtą, gdzie prezentują efekty swych poszukiwań oraz przedsięwzięcia realizowane wspólnie z artystami z całego świata.

Od lat poszukuje śladów pieśni dziadowskich w żywej tradycji, zapisach etnografów, domowych archiwach i praktykuje grę na tradycyjnym instrumencie wędrownych śpiewaków - lirze korbowej.

Surowe, akustyczne brzmienie przyprawione szczyptą melancholii i tęsknoty za dawnymi czasami osiąga podczas swych koncertów dzięki unikatowym instrumentom: węgierskiej lirze korbowej z pracowni Beli Serenyiego, akordeonowi "Bell" z pracowni Franciszka Krasnodębskiego, bębenkowi radomskiemu spod ręki Macieja Żurka oraz drumli, rumuńskiemu kavalowi i gordonowi z Gyimes - serca Transylwanii. (serpent)


Kwartet Wiejski (Dublin 2008)

Kilka najciekawszych pieśni znalazło się na autorskiej płycie Jacka Hałasa pt."Zegar bije", która otrzymała nominację do Folkowego Fonogramu 2008r.




Austere acoustic sound seasoned with a pinch of melancholy and longing for the old times. Music to listen to, to dance to and to taste. Journeys through time and space, following the tracks of folk musicians - Poles, Jews and Gypsies - from Polish villages to Bukovina, the Balkans and sometimes even to the overseas countries. Dance experience - from dances in a dance barn to meetings with professional dancers - has helped them create their own style of running dance events and workshops. In their work they depend, most of all, on live music, processional dances and teaching dance steps "live" during the party.


(fot. Wacaław Bugno)

These most archaic dance forms are based on simple repeatable sequences of steps and gradually increasing dynamics. Being ornamented with beautiful melodies, they very quickly create a sense of community in a group of people who have not know one another before. A Yurt (Mongolian style round tent) - a movable folk dance hall which we can erect within an hour in any place in Europe and where they can create a magic place of the meeting with tradition.

The Nomads of Culture
Jacek Hałas - singing, hurdy-gurdy, accordion, Jewish harp, running dances
Alicja Hałas - folk drum, gordon (bus drum)


Zegar bije (Budapest 2006)

21.7.08

O Węgajtach


(fot. Alek Budzyński)

Długi to będzie post, bo i jest o czym i o kim mówić - Teatr Węgajty - to kawał historii polskiego teatru, ale też i teatru uniwersalnego, który łączy w sobie wiele tradycji kulturowych. Nie uzurpuję sobie prawa do pisania czy nawet wyrażania jakiś ocen, bo po pierwsze wymyka się on jakimkolwiek ocenom, a po drugie jest to teatr, którego trzeba doświadczyć. Inaczej nie można go pojąć. Dlatego też nie uczynię tego. Dopiero w tym roku dane mi było "liznąć" tego doświadczenia, które łączy się z uczestniczeniem w życiu Węgajt. Z Węgajtami trzeba po prostu żyć i wędrować. Pozwolę sobie zatem na zacytowanie dwóch artykułów znalezionych w sieci, które w jakiś sposób oddają atmosferę Węgajt.

***

Stowarzyszenie Teatr Wiejski Węgajty powstało w 1986 roku. Zasadniczy skład stanowiący obsadę większości przedstawień, w chwili obecnej stanowi sześć osób: Erdmute i Wacław Sobaszkowie, Małgorzata Dżygadło-Niklaus i Wolfgang Niklaus, Witold Broda oraz Katarzyna Krupka. Wszyscy ci artyści, choć związani z kulturą wiejską pochodzą z miast. Być może właśnie dlatego, iż nie wyrośli oni z kultury wiejskiej, którą się zajęli, pozbawieni byli jej stereotypów i uprzedzeń. Potrafili spojrzeć na kulturę wiejską, a więc ludową, w sposób absolutnie obiektywny, wyzyskując z niej najlepsze, uniwersalne cechy stanowiące o jej sile. Teatr z Węgajt nie ogranicza się do czerpania jedynie z lokalnej, warmińskiej tradycji, choć i do niej chętnie sięga. W swej artystycznej wizji posługuje się elementami sztuki ludowej z różnych stron Polski, Europy, czy nawet świata. Co ważniejsze, sięga on po te elementy tradycji ludowej, która właśnie odchodzi w zapomnienie wraz z ostatnimi, najstarszymi jej uczestnikami. Teatr Węgajty wskrzesza dawną, ludową obrzędowość odsłaniając jednocześnie jej drugie oblicze. Ukazuje, że pod zasłoną pełnej ekspresji gestów, muzyki, ludowych przypowieści, kryją się treści głębsze, treści bardziej ogólne.


(fot. Franek Strzeszewski)

Swymi działaniami Teatr Wiejski "Węgajty" dotyka samych źródeł kultury ludowej - jej głębokich związków z przyrodą, wykształconych przez stulecia życia wraz z nią, nie zaś obok niej, a także, czy też może raczej przede wszystkim, z religią. W warstwie przyrodniczej inspiracją często jest dla nich krajobraz warmińskich wsi - Węgajt, Kawkowa, Pupek. Dla wielu spektakli to właśnie miejscowa okolica jest najlepszą, naturalną scenografią, bardziej przemawiającą do widza, niż sztucznie konstruowana dekoracja. Teatr "Węgajty" jest bardzo związany z Warmią, z jej specyficznym kolorytem, przyrodą i jej funkcją w życiu lokalnej społeczności wiejskiej. W wielu warmińskich wioskach to właśnie ona wciąż reguluje życie mieszkańców. Czują oni znacznie bliższe związki z naturą, niż mieszkańcy miast. Teatr "Węgajty" doskonale porusza się w tej warmińskiej konwencji, konwencji świata przyrody. Przykładem tego może być chociażby zapowiedź spektaklu Missa Pagana. Początek przedstawienia nie został bowiem wyznaczony na konkretną godzinę, ale na "godzinę przed zachodem słońca".


"Missa Pagana" reż M. Litwiński, Z. Litwińska

Podobnie związki z przyrodą, z ludową obrzędowością korzeniami sięgającej czasów przedchrześcijańskich, ukazuje widowisko "Upiorny całun" stworzone przez W. Sobaszka. Ten plenerowy spektakl został oparty na mickiewiczowskich "Dziadach", jak i na fragmentach "Dybuka" Johannesa Bobrowskiego. Ukazuje on związki społeczności wiejskich nie tylko ze światem przyrodniczym, ale i ze wspomnianą wyżej, głęboką religijnością. Religijność ludowa jest bardzo specyficzną manifestacją kultury regionalnej. Nie ma ona nic wspólnego z transcendentnym obrazem Boga wykreowanym przez filozofię chrześcijańską późnego antyku i średniowiecza. Lud, w przeciwieństwie do teologów, (np. Tomasza z Akwinu), zawsze pojmował Stwórcę zupełnie inaczej - jako istotę niemal namacalną, "swojską", jako Opiekuna obecnego przy człowieku na każdym etapie jego życia. Tym też m.in. można zapewne tłumaczyć wielką ilość krzyży i kapliczek przydrożnych na ziemi warmińskiej. Dzięki ich obecności czuło się bowiem stałą opiekę Boga nad każdym człowiekiem, czuło się wszechobecność miejsc uświęconych, miejsc, które trafnie nazwał Mircea Eliade, sacrum. Jednocześnie w kulturze ludowej bardzo wyraźna była granica między tym, co święte, sacrum, a tym, co typowo ludzkie - profanum, choć bywało, że te dwa pierwiastki, dwie przestrzenie mieszały się ze sobą. To właśnie sacrum, pojmowane nie tylko w charakterze "miejsc świętych", ale i całej "przestrzeni sakralnej", na którą składa się wiele elementów, stało się jednym z ważnych obszarów badań i penetracji przez Teatr Wiejski Węgajty. Ludowa obrzędowość i tradycyjne wierzenia i obyczaje wiejskie są przez Teatr wskrzeszane z mroków zapomnienia, odtwarzane, ale bynajmniej nie niewolniczo powielane. Takie, często już zapomniane nazwy, jak alelujki, zapusty, sobótki, czy wreszcie kolędowanie odżyły na nowo i pomału stają się na powrót częścią dawnej tradycji ludowej.


(fot. Alek Budzyński)

Ludowe obrzędy i wierzenia, religijność i jej manifestacje to jednak nie jedyne obszary zainteresowań artystów skupionych w Teatrze Wiejskim "Węgajty". Oprócz tego prezentowali oni na przestrzeni lat wiele oryginalnych tematów i wątków literackich, muzycznych, zapisując się trwale w historii teatru. Swą twórczością nawiązywali i do średniowiecznych, bardzo plebejskich "Opowieści Kanterberyjskich", a także do "Kalevali", fińskiego eposu narodowego, będącego zbiorem ludowej, niepisanej poezji, pieśni tradycyjnych fińskich "aojdów", zebranych i twórczo opracowanych przez Eliasa Lönnrota.


Kalevala (Spotkania Teatralne Innowica 2008)

Wspaniałym wydarzeniem artystycznym są również spektakle plenerowe, połączone np. z wędrówką-pielgrzymką, jak spektakl Missa Pagana, określany przez autorów jako spektakl - wędrówka, do słów E. Stachury, z muz. M. Litwińskiego. O wszechstronności Teatru "Węgajty" świadczyć może też fakt, że najnowszym spektaklem granym przez jego aktorów jest "Synczyzna", przedstawienie osnute na dwóch tekstach W. Gombrowicza - "Trans-Atlantyku" i "Ślubie". Równolegle możemy również być świadkami spektaklu "Tańce tradycyjne Europy, pieśni wołoczebne". (domwarminski.pl)


(fot. Alek Budzyński)

W stronę tradycji żywej

Rozmowa z Wacławem Sobaszkiem

Skąd w pracy Teatru Wiejskiego "Węgajty" obecność wątków ludowych. Wszyscy przecież pochodzicie z miast. A "Węgajty" wyłoniły się z olsztyńskiej Interdyscyplinarnej Placówki Twórczo-Badawczej "Pracownia", w której "ludowość" nie zajmowała wcale tak istotnego miejsca.

Jeszcze w "Pracowni" zrobiliśmy spektakl uliczny Podróże do wielu odległych krajów świata. Już tamto widowisko, zmierzało w stronę tradycji. Źródłami literackimi spektaklu były Podróże Guliwera Jonathana Swifta oraz Opowieści rabina Nachmana, czyli historie chasydzkie. Więc z tą tradycyjnością u nas sprawa jest bardzo dawna.

Jest wiele definicji tego, co jest tradycją. Natomiast, gdybym pozwolił sobie na bardziej poetyckie stwierdzenie, czyli jeśli spróbowałbym się ograniczyć do własnych doświadczeń to tradycją nazwałbym to, co jest miedzy wierszami.

Ale co pod takim stwierdzeniem rozumiesz?

Z jednej strony jest to enigmatyczne. Często się mówi: "między wierszami było to i to...". Ale z drugiej strony ta intuicja w praktycznej pracy jest bardzo dokładna. Pomiędzy wierszami zawsze jest to "coś", coś nieuchwytnego, ale niosącego, co nie jest puste.

Zatrzymajmy się chwilę na waszych inspiracjach. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych powstały "Gardzienice", teatr który znalazł, tak jak wy później, siedzibę na wsi, i który zaczął odwoływać się do tradycji wiejskich. Czy na początku waszej działalności poczuwaliście się do pokrewieństw czy nawet kontynuacji drogi, jaka przemierzyły "Gardzienice".

Na pewno tak. Doświadczenie "Gardzienic" jest dla mnie równie ważne, jak doświadczenie Teatru Laboratorium Jerzego Grotowskiego. W mojej edukacji teatralnej to dwa główne filary. Jednak muszę się odciąć od posądzeń o zarażenie.


(fot. Alek Budzyński)

Może rzeczywiście jest to mniej widoczne w formie waszych spektakli. Ale podjęcie wypraw na wsie i inspiracje kulturą ludową...?

Nad tym trzeba by się skrupulatnie pochylić. Teatr "Węgajty" powstawał w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Wcześniej w tych pomieszczeniach był ośrodek "Pracowni", w którym odbywały się warsztaty, prezentacje artystyczne, teatralne... Moment zawiązywania się zespołu "Węgajt" przypada na czas, gdy w "Gardzienicach" nie było już Wypraw. Tutaj muszę oddać sprawiedliwość osobom, które wyszły z "Gardzienic" i robiły później na własną rękę podobne prace. To też były wyprawy - mam na myśli działalność Jana Bernada i Krzysztofa Czyżewskiego. Zresztą Czyżewski miał w pewnym momencie swój zespół, a nie miał miejsca do pracy. Pracował więc u nas w Węgajtach. I to właśnie za pośrednictwem Krzysztofa Czyżewskiego dokonało się nasze poznanie dziedzictwa "Gardzienic". Zresztą Wolfgang Niklaus i Małgorzata Dżygadło-Niklaus przyszli do "Węgajt" z "Gardzienic". Ja byłem na wyprawie "Gardzienic" około roku 1980, brałem też udział w różnych innych przedsięwzięciach Staniewskiego.

Wasze Wyprawy próbują się wpisywać w specyficzny cykl kalendarza obrzędowego funkcjonującego w tradycji wsi. Na Wielkanoc jeździcie śpiewać alilujkę, na Boże Narodzenie kolędę. Czy była to próba odnalezienia sobie miejsca w tym tradycyjnym rocznym rytmie, czy też była w tym odrobina wyrachowania. Że po prostu święta to dobre chwile, podczas których do domów można wyruszyć bez obawy, bo ludzie przyjmą przecież zawsze kolędników?

Tak. Czas świąteczny jest dobry dla ludzi ze wsi dla ich współtworzenia naszej wyprawy. Myśmy o tym na początku nie wiedzieli. Próbowaliśmy inaczej. Ale ten świąteczny wybór okazał się dobry, mocny.

Odwiedzacie ciągle, co roku, te same wsie czy regiony: na alilujkę Dziadówek na Suwalszczyźnie, Beskid Niski na kolędę... Czy to jakieś założenie.

Nie było takiego założenia. Zrealizowaliśmy też wiele ważnych wypraw w inne rejony: Kurpie, Bieszczady, północ województwa olsztyńskiego, gdzie są wioski przesiedleńców z akcji Wisła - Ukraińców, Łemków, Bojków. A dalej Huculszczyzna i Macedonia...

Prócz tego, ze chodzicie śpiewać kolędę od domu do domu, podczas wizyt staracie się coś od ludzi wyciągnąć: pieśni, opowieści... A to co odkryjecie podczas wypraw to przecież tylko ułomki. Nie da się bez szczegółowych studiów poznać dogłębnie kultury regionu. Czy intencję waszą jest kompleksowe rozpoznawanie tradycji, czy też tylko poszukiwanie impulsów do własnej pracy twórczej. I podążając dalej tym tropem, czy Wyprawa jest bardziej formą ekspresji "Węgajt", czy odwrotnie, nastawiona jest na rozpoznawanie tradycji i spotkania z ludźmi?

To jest tak, że w miarę upływu czasu i realizowania tego typu przedsięwzięć uprzytomniłem sobie, że instrumenty, pieśni, opowieści, muszą być dobrze poznane, dopracowane. Że wtedy, gdy zostaną potraktowane samodzielnie, to później lepiej będą służyć realizacji naszych pomysłów artystycznych.

Muzyka sama w sobie jest absolutem. Wymaga całkowitego poświęcenia się. Gdy pracuje się nad muzyką trzeba zapomnieć o wszystkim innym i wtedy dopiero uzyska się prawdziwą jakość muzyczną. A to nie znaczy, że uzyskany efekt muzyczny zamknie się wyłącznie w płaszczyźnie dzisiejszego funkcjonowania muzyki. Bo to nam nie odpowiada. Muzyka w naszej pracy służy teatrowi.

Jeśli zaś spektakl może dopomóc temu, żebyśmy byli w stanie głębiej percypować wartości muzyczne, realność muzyki, język muzyki (bo w tradycyjnej kulturze muzyka jest językiem), to jest to rzeczywiste osiągnięcie. I wtedy odwraca się kierunek: tak jak muzyka służy teatrowi, tak teatr służy muzyce.


(fot. Alek Budzyński)

Czy to, co proponujecie wsi podczas wypraw jest dokładnym odtworzeniem dawnych obrzędów, czy też waszą własną formą?

W naszej pracy nie ma naciągania. Na początku znaliśmy jeden, dwa motywy, kilka kolęd, które były ciekawe same w sobie. Myśmy za tym poszli... Później znaleźliśmy dziadka Tkaczuka w Kawkowie, który mówił sentencjami, rymami, motywami pieśniowymi. On już nie żyje, zmarł w 1995 roku. Był muzykantem, a później dowiedzieliśmy się, że był też w swoim życiu kolędnikiem. On nam przekazał melodie i teksty, które nagraliśmy. I z tych motywów muzycznych, zaśpiewów zaczęliśmy układać całość. To miało cel ściśle praktyczny, mieliśmy przed sobą wyprawę i chcieliśmy się do niej przygotować.


Aliluja 2008

Czy, twoim zdaniem, wasze chodzenie po kolędzie można wpisać w żywy obręb kultury ludowej?

Wyszedł niedawno tomik jednego z najciekawszych olsztyńskich poetów Kazimierza Brakonieckiego. W wierszu o "Węgajtach" są całe passusy o tym, jak my kolędujemy. Na przykład: "chodzą, trąbią, straszą wsie...". Niewątpliwie nawiązujemy prawdziwy kontakt z ludźmi wsi, do których idziemy.

A jeśli "straszymy", to też wynika to z przekazów. W kolędowaniu były przecież zawsze elementy straszenia, choćby związane z postacią Żyda. W kolędowaniu zawarty był ogromny temperament. My rekonstruowaliśmy nie tylko motywy i formy, ale też to, co jest jakością dynamiczną. W muzyce i kulturze obrzędowej pewne rzeczy uzyskują swoją wartość przez dynamikę i określone barwy. Produkcja, czy raczej reprodukcja, motywów ludowych w podręcznikach, telewizji, książkach, domach kultury, w zespołach folklorystycznych, tego nie uwzględnia. A to jest właśnie "to coś między wierszami".

Uważasz więc że dotykacie sedna kultury ludowej, sedna pieśni i muzyki?

Tylko niektórych rzeczy.

Na przykład "straszenie" może wywołać rzeczywiście dreszcz; na plecach, na karku. Ja to kojarzę z wartościami bardzo starymi i pierwotnymi, takimi o jakich pisze Arystoteles, że tragedia wywoływała trwogę. A dziś te rzeczy są już "nie w modzie". Straszenia, trwoga, uleganie trudom; to nie mieści się w dzisiejszych kanonach estetycznych. To są sprawy właściwie wstydliwe.

Jedną z najważniejszych opozycji w kulturze ludowej jest stosunek swój-obcy. Wy przychodzicie do wsi z zewnątrz. I bez względu na jakość waszego duchowego zaangażowania tak będziecie postrzegani. Wracam więc raz jeszcze do pytania o wasze uczestnictwo w kulturze ludowej.

Kultura to jest słowo, które nie należy do słownika ludzi ze wsi. Natomiast inne terminy znają: kolędowanie, pieśń, serce... To są rzeczy dla nich zrozumiałe. Bez "oswojenia" nie moglibyśmy kolędować. Pewnych etapów nie można było przeskoczyć.

Gdy w 1990 roku byłem z wami na alilujce w Dziadówku na Suwalszczyźnie. Zeszliśmy do domu usytuowanego z dala od drogi. Wewnątrz był ustawiony warsztat tkacki. Wy przybyliście śpiewać dawne pieśni, a w tym domu zebrało się kilku chłopców - zespół muzyczny: elektroniczne instrumenty klawiszowe, elektryczna gitara, rozbudowana perkusja. Przecież oni tworzą współczesną kulturę ludową. Jak więc wygląda wasze muzykowanie w takim kontekście.

My też interesujemy się innymi rodzajami muzyki: klasyczną, jazzem, różnymi rodzajami nowej muzyki. Tyle, że trzeba to umieć rozróżnić.

Ludzie na wsi także odróżniają trendy w muzyce. Wiedzą co to muzyka tradycyjna, a co muzyka na przykład rockowa. I na przykład ostatnio w Dziadówku młody chłopak mówił przysłuchując się naszej muzyce, że jest to muzyka ich dziadków. To było dosyć bystre; nie ojców, ale właśnie dziadków.

Pierwszy spektakl waszego teatru z 1988 roku Historie Vincenza opowiada o Huculszczyźnie, o krainie która jest jednak daleko. Spektakl oparł się na arkadyjskim przedstawieniu świata, zainspirowanym książką Na wysokiej połoninie Stanisława Vincenza. Taki świat, jak opisał Vincenz był bardzo harmonijny, czasem wręcz nieprawdopodobny.

Rzeczywiście u Vincenza jest arkadyjskość. Lecz to wiąże się z Mickiewiczowską ideą "rozszerzania dusz naszych", która dla Vincenza była bardzo ważna. Vincenz budował Na wysokiej połoninie trochę na zasadzie "poszukiwania straconego czasu", ukazał pewne procesy, które się rozwijały, ale się nie dokonały. Nastąpiła katastrofa dziejowa, a Vincenz cofał się do momentu przed katastrofą. Czytając, mam wrażenie, że wszystko promieniuje od wewnątrz, że wszystko jest przesycone luminescencją. Że Vincenzowi chodziło dosłownie "o rozszerzenie dusz naszych" rozumiane jako możliwość zaistnienia starej kultury [...]

Przez Teatr Wiejski "Węgajty" przewinęło się wiele ciekawych osób. Jedną z takich postaci był Witek Broda. Po odejściu z teatru, wraz z innymi muzykami utworzył Bractwo Ubogich. Spróbowali oni bardzo głęboko zmierzyć się z dawnymi technikami muzykowania. Skupili się na warsztacie, próbowali odnaleźć archaiczne brzmienia, wniknąć bardzo głęboko w istotę muzyki ludowej. Na ile dla was takie techniczne poszukiwania archaicznej muzyki mają znaczenie. Wasz obszar penetracji muzycznych jest ogromny: muzyka żydowska i huculska, oberki i muzyka polska, ostatnio część grupy zwróciła się ku średniowiecznemu śpiewowi liturgicznemu.


Wegajty w jurcie Hałasów (Spotkania Teatralne Innowica 2008)

Są może inne ośrodki, które poświęcają się tylko muzyce. Dla nas sprawa techniki od początku była ważna. Nawet na wiele lat przed powstaniem Bractwa Ubogich. Ja to nastawienie poznałem u Jana Bernada, jeszcze przedtem, nim założył Fundację "Muzyka Kresów". Ten sposób podejścia do motywów z absolutną dokładnością. I to zarówno do formy, jak i esencji, barwy, dynamiki... Bardzo to doceniam.

Właściwie nie ma innej drogi, jak praca nad jednym motywem, i przechodzenie później do następnego. To można przenieść też na pracę nad materią literacką, nie tylko nad muzyką. Na przykład rapsod (gr. - rapsoidein) oznaczał zszywanie pieśni. Konstrukcja pieśni ludowych jest swobodna, ale ma wewnętrzną spójność. To polega na trzymaniu się reguły, a równocześnie na improwizowaniu - to jest zszywanie pieśni.

Dla wielu zespołów teatralnych i muzycznych odnajdywanie początków, źródeł, jest bardzo ważne. Ale różne zespoły mogą to robić na wiele różnych sposobów. I jeśli ktoś robi taka pracę dokładnie, to zawsze mnie to interesuje [...]

Myślę, że w teatrze nie powinno być udawania i infantylności. Próbuje obmyślać różne sposoby, żeby aktor nie udawał, żeby nie grał.

Ale przecież samo pojęcie aktora kojarzy się z grą.

No właśnie, żeby nie udawać, to jest bardzo trudne, prawie niemożliwe. I dopiero na tym ostatnim odcinku, gdzie jest to prawie niemożliwe, można poszukiwać. Tak, jak prawie niemożliwe jest zmaganie się z cywilizacyjnym molochem, to donkichoteria.

Część ludzi z Teatru Wiejskiego "Węgajty" zajęła się wskrzeszaniem dramatu liturgicznego.


Schola Teatru Węgajty Paschalia Elbingensia - średniowieczne nieszpory (2008)

A co jest bardziej wiarygodne? Czy to, ze teatr trwa cały czas w tym samym zespole, i wszyscy są "zgodni", czy to, ze teatr staje się ośrodkiem, w którym realizuje się kilka inicjatyw?

W tej pracy Scholi Teatru "Węgajty" kierowanej przez Wolfganga Niklausa jest jedna rzecz bardzo ważna. Ty sam, pisząc kiedyś o "Węgajtach", użyłeś za Eliadem pojecia homo religiosus. A któż to jest ten homo religiosus? Spotyka się go na wsi. Ale jest to sprawa nie tyle formy wyznaniowej, co wrażliwości. Schola na pewno pracuje nad tego typu wrażliwością, dającą inne możliwości przeżycia religijnego. ("Teatr" 1997 nr 1 s. 40-42)

***

Teatr "Węgajty" kolęduje w Nowicy już od 1987 roku. Nic dziwnego, że byliśmy tam od dawna oczekiwanymi gośćmi. Nasz przyjazd spowodował wśród mieszkańców duże poruszenie. Usłyszałam wypowiedź jednego z nich, że "dopiero teraz można wyrwać kartkę z kalendarza". Zaznaczyć trzeba, że nie tylko my sprawiliśmy, że był to dla Nowiczan czas szczególny. Przede wszystkim Łemkowie obchodzili w tych dniach Święta Bożego Narodzenia, dzięki czemu nasze kolędowanie stawało się kontynuacją obrzędów świątecznych odprawianych w cerkwi. Świąteczny nastrój zakłócony był nieco przez to, że wiele domów objętych było żałobą. We wsi zmarła kobieta spokrewniona z wieloma jej mieszkańcami [...]


(fot. Franek Strzeszewski)

Przyjmowano nas różnie, w zależności od nastroju panującego w domu. Z reguły spotykaliśmy się jednak z życzliwością. Czasem przyjmowano nas jedynie, by wspólnie pośpiewać kolędy, jeśli żałoba nie pozwalała na nic więcej. Tak było w przypadku pierwszych odwiedzanych przez nas rodzin. Smutek tam panujący udzielił się w jakimś stopniu również nam. Tym większe było moje zdziwienie, gdy zmierzając w kierunku ostatniego domu, wyszły, a raczej wybiegły, nam naprzeciw roześmiane dzieci oraz młode dziewczyny cieszące się z naszego widoku. Kiedy weszliśmy do chaty początkowo trudno było mi się zorientować, gdzie się znajduję i co to właściwie są za ludzie. W niewielkiej izbie mieściło się mniej więcej czterdzieści osób i wszelkiego rodzaju instrumenty, po perkusję włącznie. Mogłam się tylko domyślać, że należą do jakiegoś zespołu. Po odegraniu naszych scenek, które wzbudziły wiele uciechy tak w młodszych jak i w starszych, odśpiewaliśmy kilka kolęd. Wówczas przyszedł czas na przyśpiewki. Każde z nas, które tylko miało wolne ręce, wzięło kogoś do tańca i ruszyło na "parkiet" poobracać siebie i partnera we wszystkie strony. I tak się zaczęło. Nie wiadomo kiedy wszystkie instrumenty ożyły. Po przyśpiewkach zaczął rozbrzmiewać repertuar zespołu, który nas przyjmował, a wtedy nastąpiło prawdziwe szaleństwo. Nie dość, że wyginaliśmy się we wszelkie możliwe strony, to wydawaliśmy z siebie dziwne dźwięki, często podobne do kozich. Ostatnie parę godzin wywarło na nas widoczny wpływ, byliśmy już rozgrzani i rozśpiewani. Przyznaję, że zabawa była wspaniała. W ten sposób zakończyliśmy pierwszy dzień naszego kolędowania, który był równie smutny jak i wesoły, a na pewno wymagał wiele trudu i wytrzymałości na zimno, choć akurat w tym przypadku gospodarze starali się nam skutecznie pomóc [...]

Już niedługo przekonałam się, że dla tych ludzi nie tak ważne jest z czym przychodzimy, ale samo to, że przychodzimy, że ktoś o nich pamięta, chce z nimi rozmawiać. Bardzo często mówili nam o swoich troskach, wspominali przeszłość, ponieważ w nas odnaleźć mogli uważnych słuchaczy. Wówczas zrozumiałam, że nasze kolędowanie nie polega na dokładnym wskrzeszeniu obrzędu, co dziś jest już niemożliwe. W naszym kolędowaniu nieistotne było czy pokażemy w danym domu tura albo Heroda. W tej łemkowskiej wiosce śpiewaliśmy i mówiliśmy w języku ukraińskim, polskim, śląskim i niemieckim, bo najważniejsze było dla nas poczucie jedności ze wszystkimi udźmi, niezależnie od tego w jakiej kulturze się wychowali. Najważniejsze było spotkanie z tymi, którzy tak długo czekali na to, by ktoś ich odwiedził i wysłuchał.

Kolędowanie z "Węgajtami" nauczyło mnie jednego, że to nie człowiek służy tradycji, ale tradycja człowiekowi. (Aleksandra Żytnicka)

20.7.08

Pan Stefan



Nowica - wieś malutka, która jednak wielkich ludzi nosi. Jest w tym coś niesamowitego i znamiennego zarazem. Wspomniany wcześniej Jan Szymczyk, poeta łemkowski Bohdan Ihor Antonycz (będzie jeszcze bohaterem niejednego posta) i Pan Stefan Romanyk, który mieszka i do tej pory tworzy. Pan Stefan zajmuje się rękodziełem, z którego słynęłą Nowica i łemkowszczyzna, a mianowicie wyrobem drewnianych łyżek. W chwili obecnej jest to chyba jedyny czynny w Nowicy warsztat zajmujący się tymi wyrobami. Kiedyś warsztatów tych w Nowicy było dużo więcej, ale albo ludzie się postarzeli (jak Wasyl Michalak) albo ze względów ekonomicznych uznali, że dalsza produkcja jest nieopłacalna. Pozwolę sobie skorzystać z tekstu Pani Katarzyny Pawkowskiej opisującego produkcję łyżek.

"Od końca XIX w. głównym zajęciem mieszkańców Nowicy było wytwarzanie wyrobów toczonych z drewna takich jak: łyżki, wrzeciona, wałki do ciasta itp. Samodzielnie konstruowano pomysłowe “tokarki”, w których ruch obrotowy obrabianego przedmiotu zapewniał sznurek przymocowany do patyka. W ten sposób pracowano aż do lat 60 – tych XX wieku, a zajęcie to stanowiło główne źródło utrzymania miejscowej ludności [...]

Na turystów, którzy zawitają do tej wsi położonej w Beskidzie Niskim, czeka nie lada atrakcja. Można tu obejrzeć, w jaki sposób powstawały toczone wyroby z drewna, zanim nastała era masowej produkcji maszynowej. Praktycznie w każdym domu w Nowicy można kupić drewniane łyżki z płaską rączką w różnych rozmiarach, do których wyrobu używa się specjalnych maszyn. O łyżki wytwarzane metodą tradycyjną w dzisiejszych czasach znacznie trudniej.

Znajdziemy je u Pana Stefana Romanyka – jednego z dwóch ostatnich mieszkańców Nowicy kultywujących ten tradycyjny zawód. Przemiły starszy pan mieszka w starej drewnianej chacie na wzgórzu, obok której znajduje się skromny budynek z narzędziami, stanowiący jego warsztat.



Zaczyna się od wycieczki w głąb lasu do miejsca, gdzie rosną jawory. Wycięte i ociosane drzewo trafia do warsztatu, gdzie zostaje pocięte na odpowiednie kawałki.

Szerszy na górze, a węższy na dole jaworowy klocek drewna trafia do „tokarki” wykonanej przez Pana Romanyka. Regularne pociągnięcia za sznurek obracają drewno wokół własnej osi. W ten sposób powstaje toczona okrągła rączka tradycyjnej łyżki. Następnie, półokrągłym, ostrym narzędziem (jak na zdjęciu) rzeźbiona jest pozostała część łyżki, która jest potem dokładnie czyszczona i wygładzana. Jest to praca długa i dość żmudna. Na podkreślenie zasługuje fakt, że łyżki wyrabia się tylko ze świeżego drewna. Wysuszone nie nadaje się już do obróbki. Samo miejsce – chata i warsztat Pana Romanyka oraz tradycyjny proces wytwarzania łyżek sprawiają wrażenie, jakby czas zwolnił swój bieg. Można odczuć ciepło płynące od miejscowego twórcy [...]"

16.7.08

Muzyka Łemkowska




Muzyka łemkowska powstawała na styku folklorów sąsiadów z Ukrainy, Zakarpacia, Słowacji, Węgier i Polski. Dawniej dominował w niej śpiew jednogłosowy, ale wpływy wschodnie, spowodowały rozpowszechnienie się śpiewu wielogłosowego. Zwykle metrum jest stałe, ale zdarzają się jego zmiany. Pieśni są wewnętrznie rozśpiewane, sylabom odpowiadają na ogół pojedyncze dźwięki. Większość melodii jest w tonacjach durowych i ma niewielką rozpiętość. Wiele opiera się na archaicznych skalach diatonicznych. Pieśni mówią o sprawach życia Łemków, o miłości, liczne są pieśni wojackie. Niektóre piosenki opisują losy emigrantów. Są też pieśni obrzędowe i cerkiewne. W języku pieśni są liczne zapożyczenia oraz gramatyczne wpływy słowackie. W składzie łemkowskiej kapeli są instrumenty typowe dla góralszczyzny: skrzypce i basy, ale mamy także cymbały, częste w kapelach węgierskich i ukraińskich. (mlodek.pl)

Zgromadzone w archiwum rar nagrania (kliknij by ściągnąć) zaśpiewano a capella. Dokonano ich w latach 1995/1996 w Świątkowej Wielkiej, Bartnem i Polanach. Wykonawcami są m.in. Wasyl Bawolak (Świątkowa Wielka) i Maria Buriak (Polany). Nagrania zostały udostępnione dzięki uprzejmości Pana Tomasza Traczyka.

II Spotkania Teatralne Innowica 2009

Krótka historia - Innowica 2008